# Wybory na Węgrzech w 2026 roku widziane z Węgier

- Author(s) : Coline Eyssautier, Emmanuel Gerbault
- Published : 2026-10-11
- Updated : 2026-10-11
- Publisher: PromethEUs, European federalist think tank (https://prometheus-euro.eu)
- Source : https://prometheus-euro.eu/pl/news?slug=hungarian-elections-from-the-hungarian-point-of-view

> Sześć miesięcy po ubiegłorocznych wiosennych wyborach parlamentarnych na Węgrzech, których celem było odnowienie 199 mandatów w Zgromadzeniu Narodowym i wyłonienie nowego szefa rządu, PromethEUs powraca do tego politycznego punktu zwrotnego z perspektywy Attili K., studenta ekonomii. Z perspektywy czasu wywiad ten pozwala na spokojne spojrzenie na sytuację powyborczą i porażkę Viktora Orbána z proeuropejskim Péterem Magyarem.

PromethEUs proponuje dyskusję na temat mechanizmów tej zmiany władzy: wpływu inflacji na życie codzienne, znużenia korupcją oraz wyboru ponownego zakotwiczenia w Europie zamiast zbliżenia z Moskwą. W kontekście, w którym Bruksela zamroziła blisko 20 miliardów euro ze środków unijnych z powodu uchybień w zakresie praworządności, a Budapeszt jeszcze niedawno blokował pakiet wsparcia dla Ukrainy o wartości od 60 do 70 miliardów euro, ta rozmowa rzuca światło na oczekiwania młodzieży, rekonfigurację krajobrazu medialnego oraz niezbędne bezpieczniki instytucjonalne wewnątrz Unii Europejskiej.

**PromethEUs** : Jak odebrałeś dzień wyborów na Węgrzech?

**Attila K.** : W czasie, gdy trwały wybory, mieszkałem jeszcze w Monachium, ale wróciłem specjalnie, żeby zagłosować osobiście — były spore obawy przed fałszerstwami wyborczymi. Chciałem mieć pewność, że zagłosuję na miejscu, na Węgrzech, i że mój głos zostanie uczciwie policzony. Po oddaniu głosu spędziłem popołudnie w domu, a wieczorem wyszedłem ze znajomymi czekać na wyniki. Kiedy zaczęli liczyć głosy, nic jeszcze nie było przesądzone. Fidesz zaczął z przewagą dziesięciu procent, więc naprawdę nie wiedziałem, jak to się skończy. Po przeliczeniu 30% głosów Viktor Orbán ogłosił, że uznaje swoją porażkę. My jednak cały czas czekaliśmy, czy Fidesz nie spróbuje wywinąć jakiegoś numeru.

Kiedy spłynęły wyniki z 60 czy 70 procent komisji, stało się jasne, że wybory wygra Péter Magyar. Zaraz potem zorganizował wystąpienie. Poszliśmy go posłuchać, a wszyscy inni mieszkańcy, którzy byli wtedy na mieście, też ściągali w to miejsce, żeby świętować — w końcu Budapeszt od zawsze był miastem opozycyjnym. To, że cieszyli się ludzie w stolicy, nie było więc żadnym zaskoczeniem, ale byliśmy w głębokim szoku, że tak ogromna część społeczeństwa w całym kraju również odwróciła się od Orbána.

**PromethEUs** : Czy przed wyborami miałeś poczucie, że można swobodnie rozmawiać o polityce, i czy to się teraz zmieniło?

**Attila K.** : Jeśli chodzi o wolność słowa, nie powiedziałbym, że czułem jakieś bezpośrednie ograniczenia, choć w codziennym życiu na ulicy czy w pracy każdy bardzo waży słowa. Ogólnie rzecz biorąc, poza sferą publiczną — o ile nie pracujesz na państwowej posadzie — miałem wrażenie, że można mówić, co ślina na język przyniesie. Nie sądzę, by w tym sensie Fidesz jakoś dusił wolność słowa. Schody zaczynały się raczej w mediach oraz w przypadku ludzi pracujących w redakcjach czy w administracji publicznej. Tam sytuacja robiła się grząska: jeśli szło się pod prąd układu, bardzo łatwo można było stracić posadę, ponieważ oni wrośli w zasadzie w każde liczące się medium i dysponowali potężnym zapleczem finansowym.

**PromethEUs** : Czy z własnych obserwacji zauważyłeś zmianę w tym, jak twoi rówieśnicy podchodzili do dylematu: zostać na Węgrzech czy ułożyć sobie życie gdzie indziej w Europie? Wiem, że mieszkałeś w Monachium przez kilka lat.

**Attila K.** : Tak, to też miało znaczenie. Nie twierdzę, że wyjechałem do Monachium wyłącznie z tego powodu, ale na pewno odegrało to dużą rolę. Wielu moich znajomych kierowało się tym samym: widzieliśmy, że kraj stacza się po równi pochyłej. Nie było tu widać żadnych perspektyw na rozwój czy normalne, godne życie. Panował kompletny marazm. Gdyby nie ta wygrana w wyborach, sam na pewno nie planowałbym powrotu na stałe.

**PromethEUs** : Czy masz poczucie, że twoi znajomi podejmowali tę decyzję również z potrzeby zbliżenia się do Europy i poczucia się Europejczykami, a nie tylko Węgrami odciętymi od reszty kontynentu?

**Attila K.** : Tak, jak najbardziej. Ludzie przed czterdziestką byli w zasadzie nastawieni proeuropejsko. Podobnie zresztą jak większość starszego pokolenia, które teraz dało się zradykalizować przeciwko Brukseli — moim zdaniem wyłącznie przez wieloletnią propagandę, zrzucającą na nią winę za każdy problem. Wcześniej oni też byli bardzo proeuropejscy. Nasz kraj od stuleci tkwił w kleszczach między potęgami Wschodu i Zachodu, ale przez większość historii naród węgierski chciał należeć do Europy. Jej kultura i styl życia są nam o wiele bliższe. Dlatego ludzie, a zwłaszcza młodzi, cieszyli się z powrotu na europejski kurs i z bycia częścią tej wspólnoty, zamiast dryfować w stronę Rosji i Chin.

Oczywiście nie chodzi o to, by we wszystkim ślepo wisieć na Unii. Sam nie mam nic przeciwko pragmatycznym relacjom z Chinami, jeśli przynoszą korzyści gospodarcze. Tyle że rząd robił coś zupełnie innego: budował korupcyjne układy, by za plecami obywateli kręcić lody z tamtejszymi przywódcami i nabijać sobie kabzę. Zwykli Węgrzy nie mieli z tego ani grosza. W moim odczuciu ludzie wyłącznie na tym tracili i jeszcze z własnej kieszeni sponsorowali te szemrane interesy.

**PromethEUs** : Czy istniał jeden główny powód twojego sprzeciwu wobec Orbána — dla ciebie osobiście albo w rozmowach z ludźmi dzielącymi się opiniami o reżimie? Co było dla ciebie najważniejsze przy urnie wyborczej: sprzeciw wobec korupcji czy zwrot ku Europie?

**Attila K.** : Dla szarego człowieka najbardziej bolesnym ciosem ze strony reżimu był oczywiście zjazd stopy życiowej: drożyzna, szalejąca inflacja, wszystko szybowało w górę — od zwykłych zakupów spożywczych po codzienne rachunki. Rządowa propaganda w mediach też strasznie kłuła w oczy. Cokolwiek włączyłeś w telewizji czy w radiu, natykałeś się na partyjny przekaz, bo większość mediów była w rękach władzy. Mamy jeszcze kilka popularnych, niezależnych stacji, ale to chlubny wyjątek. Taki stan rzeczy niesamowicie ryje psychikę. Właśnie wtedy większość ludzi poczuła, że miarka się przebrała i nie można dłużej siedzieć z założonymi rękami.

**PromethEUs** : Czy wrzucając głos do urny, miałeś w głowie jakąś jedną, najważniejszą motywację?

**Attila K.** : Dla mnie osobiście priorytetem numer jeden było ukrócenie korupcji, bo skala złodziejstwa przekroczyła wszelkie granice. Na tych nielicznych wolnych kanałach afera goniła aferę: kradziono miliardy, i to liczone w euro. Ta klika bezczelnie pasła się na podatkach i dotacjach unijnych, aż ludzie w końcu przejrzeli na oczy i uznali, że miarka się przebrała, bo to my za to wszystko płacimy. To był główny powód odsunięcia władzy — może nie dla całego społeczeństwa, ale w moim otoczeniu bez dwóch zdań.

**PromethEUs** : Czy twoim zdaniem ochłodzenie relacji z UE zaważyło na wyniku wyborów, czy był to czynnik realny, ale raczej drugoplanowy?

**Attila K.** : Zdecydowanie zaważyło. Drugą kluczową kwestią była polityka zagraniczna. Większość miała poczucie, że dryfujemy z dala od Europy prosto w ramiona Rosji, i to budziło największy sprzeciw. Nie było ani jednego racjonalnego powodu, żeby bratać się z Moskwą. A mimo to bez przerwy domykano jakieś szemrane deale, zacieśniano kontakty dyplomatyczne czy ściągano ludzi z rosyjskiej ambasady. Zero logiki, a jednak szli w to zaparte.

Zresztą, z Rosją mamy — delikatnie mówiąc — fatalne doświadczenia historyczne. To też zrobiło swoje: w końcu oba nasze zrywy narodowe zostały utopione we krwi właśnie przez Rosję.

Nawet z czysto historycznego punktu widzenia bratanie się z tym krajem zakrawało na obłęd. Zgotował nam nieodwracalne krzywdy i to nie raz. Większość Węgrów, zwłaszcza młodych, czuje się Europejczykami i chce być w UE. Z tym stylem życia i tą kulturą czują więź.

**Attila K.** : Mieliśmy więc serdecznie dość tego mizdrzenia się do Rosji, zwłaszcza że media w kółko tłukły do głów, jak to zwrot na Wschód nam rzekomo służy, choć nikt trzeźwo myślący już w to nie wierzył.

Dobry przykład z nocy wyborczej: gdy stało się jasne, że wygraliśmy, z tłumu popłynęło hasło „Ruscy za Don!”, bo dokładnie to samo skandowano na ulicach Budapesztu podczas rewolucji 1956 roku, kiedy walczyliśmy o wolność od ZSRR. Ludzie podchwycili to na nowo, co było jasnym sygnałem: nie chcemy być podnóżkiem Rosji, nasze miejsce jest w Unii. I jeszcze jeden wymowny obrazek: Viktor Orbán ostentacyjnie kazał zdjąć unijną flagę z parlamentu, a jednym z pierwszych ruchów nowego rządu było powieszenie jej z powrotem.

**PromethEUs** : A jak oceniasz pierwsze miesiące nowego rządu — czuć od kwietnia, że Węgry wróciły bliżej Europy? Widać to w zwykłej codzienności?

**Attila K.** : Tak, uważam, że poszły za tym konkretne czyny. Głównym grzechem poprzedników było deptanie praworządności i wszechobecna korupcja. Skupili władzę w ministerstwach na niespotykaną dotąd skalę: o ile pamiętam, wcześniej było 13 resortów, a po ich czystkach zostało zaledwie osiem. Każde ministerstwo zyskało potężną, scentralizowaną władzę. Położyli łapę na zamówieniach publicznych i funduszach unijnych. O wszystkim decydowali jednoosobowo.

W Brukseli nie przeszło to bez echa i przez psucie państwa prawa zablokowano nam masę unijnych pieniędzy. Drugą plagą było wieczne wetowanie unijnych decyzji, za czym stały wyłącznie rosyjskie interesy nad Balatonem i korupcyjne deale. Przez to cała UE była sparaliżowana i nie działała tak, jak należy. Nowy rząd podchodzi do tych spraw z otwartą przyłbicą i zdrowym rozsądkiem. Nie widać już ani śladu po tym, by ktoś z zagranicy pociągał za sznurki i dyktował nam, co mamy wetować.

**PromethEUs** : Co twoim zdaniem było główną sprężyną tego zwrotu przeciwko Rosji? I w jakim sensie ludziom zależało na powrocie do UE? Chodziło o kwestię tożsamości czy raczej o odblokowanie zamrożonych przez Brukselę funduszy? Czy był jakiś konkretny powód, dla którego sprawa unijna tak mocno wybrzmiała w tych wyborach?

**Attila K.** : Myślę, że zagrały oba te wątki. Po pierwsze, tożsamość. Nasz kraj ma ponad tysiącletnią historię. Łączą nas wielowiekowe więzy z sąsiadami: Austrią, Słowacją, Chorwacją. Mamy za sobą stulecia handlu z Niemcami i Włochami, unie i mariaże dynastyczne z Polską czy wielkimi cesarstwami. Jesteśmy naturalną częścią europejskiej wspólnoty. Z Rosją — poza wojnami i nieszczęściami — nie mamy wspólnego mianownika, a jedyne, co po sobie zostawiła w naszej pamięci, to terror i ucisk. Nie było więc żadnego racjonalnego powodu, by pchać się w jej objęcia. Gdyby chociaż zaoferowali jakiś gospodarczy skok albo gdyby u ich boku żyło się dostatniej — ale przecież nic takiego nie miało miejsca. Moim zdaniem nie było ani jednego argumentu za zbliżeniem.

Z kolei to, o czym wspomniałeś — zablokowanie kasy z UE — to równie ważny filar. Stara gwardia zostawiła kraj z potężnym długiem. Forsę przepuszczano bez opamiętania, marnotrawiąc gigantyczne sumy. Żeby nowy rząd stanął na nogi, wyczyścił to korupcyjne bagno i pogonił umoczonych aparatczyków ze spółek skarbu państwa, te firmy w okresie przejściowym muszą oberwać. Potrzebujemy więc wsparcia unijnych środków, żeby odbudować gospodarkę na zdrowych, stabilnych zasadach, zamiast puścić ją z torbami.

**PromethEUs** : Jednym z głównych straszaków rządu Orbána było twierdzenie, że dobre układy z Rosją trzymają Węgry z dala od wojny w Ukrainie i chronią przed konfliktem zbrojnym. Myślisz, że rzeczywiście tak było? I czy sądzisz, że Węgry mogą teraz ułożyć sobie lepsze relacje z Ukrainą? Czy uważasz za realne, by Węgry wsparły Ukrainę bronią i funduszami, czy to wciąż tabu dla węgierskiej opinii publicznej?

**Attila K.** : Z tą pierwszą tezą zupełnie się nie zgadzam. No, może z mikroskopijnym wyjątkiem: powiedzmy, że nie bylibyśmy pierwszym celem, gdyby Rosja postanowiła pójść dalej. Ale główną tarczą chroniącą nas przed atakiem jest po prostu NATO. Dla mnie to jedyny powód, dla którego Rosja nie uderzyła też na Estonię czy Łotwę — zadziałał realny straszak. Cała reszta to tania demagogia pod publiczkę i opowiadanie bajek o naszym rzekomym geniuszu dyplomatycznym. Prawdziwym gwarantem naszego bezpieczeństwa jest przynależność do sojuszu militarnego z bronią jądrową, zobowiązanego do obrony każdego sojusznika.

Co do Ukrainy — relacje bez dwóch zdań drgnęły. Wcześniej Orbán chodził na pasku Moskwy i robił wszystko, co mu kazali. Teraz z kolei, o ile się nie mylę, parę miesięcy temu wycofaliśmy weto wobec unijnego pakietu pomocowego dla Ukrainy opiewającego na jakieś 60–70 miliardów euro. To był czytelny sygnał: jesteśmy otwarci na współpracę i nie robimy problemów ze wspieraniem Kijowa ze wspólnej kasy UE. I choć nie dam sobie uciąć ręki, chyba poszła też zgoda na tranzyt uzbrojenia przez terytorium Węgier. Lody więc stopniały, choć nie powiedziałbym, że Węgrzy nagle w stu procentach zapałali proukraińskim entuzjazmem.

Tu dochodzą też zaszłości historyczne. Jeśli nie wiesz, kawałek dzisiejszej Ukrainy należał kiedyś do Królestwa Węgier i do dziś mieszka tam spora węgierska mniejszość. Jakiś czas temu, chyba z dekadę wstecz, ograniczono jej prawa, co położyło się cieniem na wzajemnych stosunkach. Dlatego Węgrzy podchodzą do Ukraińców ze znacznie większym dystansem niż powiedzmy Hiszpanie czy inne narody Europy Zachodniej. Poza tym wszyscy wiemy, jak ogromne mają problemy z korupcją. Przeciętny Węgier nie stawałby okoniem przeciwko ich obecności w UE, a w samej wojnie zdecydowana większość kibicuje Ukrainie, a nie Rosji. Nie jesteśmy jednak zwolennikami wciągania ich do Unii na skróty i przymykania oczu na niespełnione wymogi, na co niektóre kraje chętnie machnęłyby ręką.

**PromethEUs** : Mówiłeś, że młodzi chcieli zbliżenia z Europą, a nie z Rosją. Czy ten podział przebiegał po linii pokoleniowej? Słyszałem głosy, że młodzi byli tego w pełni świadomi, podczas gdy starsze pokolenia patrzyły na prorosyjski kurs znacznie przychylniejszym okiem. Rzeczywiście tak to wyglądało?

**Attila K.** : Tak, to w dużej mierze kwestia pokoleniowa, wynikająca z tego, skąd ludzie czerpią wiedzę o świecie: starsi siedzą przed telewizorem i słuchają radia, a młodzi żyją w sieci. Niezależne kanały mogły dotrzeć do odbiorców wyłącznie przez internet. W efekcie ci, którzy czytali wiadomości w sieci, widzieli rzeczywistość w miarę trzeźwo, a ci, którzy karmili się tylko państwową telewizją i radiem, powtarzali papkę serwowaną przez rząd. Kiedy pierze ci się mózg przez kilkadziesiąt lat, przestajesz zadawać pytania i zrastasz się z tą narracją na amen — a taki beton bardzo trudno rozbić. W tym tkwi cała tajemnica proeuropejskości młodych: mieliśmy dostęp do wolnych źródeł.

**PromethEUs** : A co myślisz o pomyśle powołania wspólnego europejskiego medium, finansowanego wyłącznie ze środków unijnych — takich publicznych mediów na poziomie całej Unii? To miałoby sens? Nie bałbyś się jakiejś brukselskiej propagandy? Jak odebrałbyś taką inicjatywę?

**Attila K.** : Sam pomysł jest na pewno ciekawy — wspólna platforma z rzetelnymi informacjami ze wszystkich krajów członkowskich mogłaby się przydać. Schody zaczynają się przy kasie: nie mam pojęcia, jak to poukładać, żeby nie stracić wiarygodności. Sam zresztą zauważyłeś — gdyby to szło w stu procentach z budżetu UE, każda partia eurosceptyczna natychmiast rzuciłaby się do gardła i okrzyknęła to unijną szczujnią. Do tego dochodzi ryzyko — może nie gigantyczne, ale realne — że unijni komisarze albo politycy z Brukseli zaczęliby mieszać w ramówce i decydować, co wolno puścić, a czego nie. Ciężko mi sobie wyobrazić, jak w praktyce stworzyć coś w pełni niezależnego, a jednocześnie wartościowego dla każdego Europejczyka.

**PromethEUs** : We Francji mamy urząd Arcom, który pilnuje pluralizmu w mediach, szczególnie w trakcie kampanii wyborczych. Kiedy jakieś ugrupowanie zawłaszcza antenę kosztem innych, regulator wyrównuje proporcje, nakazując stacji oddanie czasu drugiej stronie. Chodziłoby więc o to, by media były finansowane przez UE, ale pod nadzorem niezależnego organu zewnętrznego — tak aby zachować bezstronność, dać głos każdemu i zapewnić dostęp wszystkim obywatelom Unii.

**Attila K.** : W takim wydaniu brzmi to o wiele rozsądniej — przynajmniej byłaby gwarancja, że nikomu nie zamyka się ust. Część państw i tak pewnie kręciłaby nosem, że to tuba Berlina i Paryża, bo z racji swojej wagi mogłyby chcieć meblować całą redakcję. Ale ten pomysł z autentycznie niezależną radą nadzorczą to zdecydowanie krok w dobrą stronę.

**PromethEUs** : Wracając do wątku partnerstw regionalnych — zwłaszcza z Polską, Niemcami, Słowacją i pozostałymi sąsiadami: krytycy często powtarzają, że głębsza integracja rozmywa narodową tożsamość. Z drugiej strony silne więzi z sąsiadami mogłyby stać się świetną trampoliną do promowania własnej kultury na zewnątrz. Jak ty znajdujesz ten złoty środek między obroną tożsamości kulturowej a pogłębianiem integracji regionalnej?

**Attila K.** : Osobiście nie widzę, by unijne przepisy w jakikolwiek sposób godziły w nasze tradycje, więc opowieści o tym, że federalizacja UE czy zacieśnianie współpracy wykasują naszą kulturę, to zwykłe bajki. Krótko mówiąc: wejście do UE nie zniszczyło ani krzty węgierskości. Na własnej skórze zupełnie tego nie odczuwam.

**PromethEUs** : Gdyby węgierski znajomy mieszkający za granicą zapytał cię, co właściwie zmieniło się w kulturze, a zwłaszcza w mediach po upadku Orbána, co byś mu odpowiedział?

**Attila K.** : Przede wszystkim z ulic wreszcie zniknęła ta obrzydliwa nawałnica propagandowych plakatów i billboardów. Zmiana rzuca się w oczy od razu, a na dodatek wchodzi ustawa, która ostro ukróci polityczną reklamę wizualną. W codziennym życiu to wielka ulga.

Zaraz po wyborach gruchnęła też seria dymisji: poleciały głowy naczelnych i prezesów gazet, którzy przez lata kręcili tę propagandową machinę. Jeden z głównych reżimowych szmatławców, „Mandiner”, zbankrutował z dnia na dzień. Żyli wyłącznie z kroplówki państwowej, a jak tylko zakręcono kurek, poszli na dno. Był też głośny przypadek, gdy baron medialny przyszedł do niezależnej stacji i bez owijania w bawełnę przyznał na wizji, jak pociągał za sznurki w aparacie propagandy, próbując wcisnąć swoje media nowej władzy w zamian za bezkarność. Nic z tego nie wyszło. Mam nadzieję, że niedługo odpowie za to przed sądem.

Mówiąc wprost: większość medialnych tub utrzymywanych przez reżim po prostu zwinęła żagle. Ostało się zaledwie parę redakcji z realną, wierną widownią, a cała reszta tuczona z budżetu leży na łopatkach.

**PromethEUs** : Czy w tym kontekście uważasz, że UE powinna wprowadzić twardsze bezpieczniki — zarówno w kwestii wydatkowania unijnych funduszy, jak i ochrony reguł demokracji? Oznaczałoby to znacznie głębsze wtrącanie się Brukseli w wewnętrzne sprawy państw, ale mogłoby stanowić tarczę ochronną dla obywateli.

**Attila K.** : W kwestii unijnych pieniędzy — jak najbardziej. To są wspólne fundusze, więc nie miałbym nic przeciwko zaostrzeniu przepisów dotyczących tego, na co idzie każdy cent i jak jest rozliczany, bo ostatnie lata obnażyły totalną bezradność starego systemu. Musimy postawić tamę, żeby taka patologia już się nie powtórzyła. Unijni kontrolerzy mogliby się zresztą z węgierskiej lekcji sporo nauczyć — zatrudnić ekspertów, którzy rozpracowali tutejsze schematy korupcyjne, i tak uszczelnić przepisy, by nikt więcej nie powtórzył tego numeru.

Z obroną demokracji sprawa jest bardziej złożona. Ale jeśli mamy opierać się na wspólnych fundamentach, to jakieś reguły gry musimy narzucić. U nas niby też obowiązywały przepisy dające każdej partii po 5 minut czasu antenowego w państwowych mediach. A jak to wyglądało w praniu? Opozycja dostawała swoje marne parę minut w środku nocy, a Fidesz okupował ramówkę na okrągło, w trybie 24/7. Przecież to kpina. Żeby przeciąć takie cwaniactwo, ogólnoeuropejskie ramy prawne byłyby zbawienne. Do UE nikt nikogo na siłę nie ciągnie, ale skoro już wstępujesz do klubu, to musisz grać wedle reguł, żeby państwo nie staczało się w taki autorytaryzm.

**PromethEUs** : Chciałbyś coś dorzucić na koniec? Gdybyś miał sformułować jedno życzenie odnośnie do kierunku, w jakim powinna iść UE w najbliższych latach — czego oczekujesz od Brukseli i od nowego rządu w Budapeszcie? Słowo podsumowania?

**Attila K.** : Moim zdaniem Unia musi mieć się w najbliższych latach na baczności. Na zachodzie Europy — szczególnie teraz we Francji i w Niemczech — w siłę rosną nie tylko skrajnie prawicowi eurosceptycy, ale w ogóle wszelkie ugrupowania radykalne kontestujące UE i NATO. To bezpośrednio uderza w fundamenty: jedność, handel i bezpieczeństwo militarne, wystawiając nas na strzał takim graczom jak Rosja, Chiny czy USA.

Problem w tym, że elity w Paryżu i Berlinie spoczęły na laurach. Zupełnie nie wsłuchują się w to, co boli zwykłych ludzi. Jeśli w porę nie opamiętają się na własnym podwórku, rykoszetem oberwie cała Europa.

A jeśli w Niemczech lub we Francji — filarach europejskiej wspólnoty — do władzy dorwą się siły antyunijne, dla przyszłości współpracy wewnątrz UE będzie to gwóźdź do trumny.

---
Cite as: Coline Eyssautier, Emmanuel Gerbault, "Wybory na Węgrzech w 2026 roku widziane z Węgier", PromethEUs, 2026-10-11, https://prometheus-euro.eu/pl/news?slug=hungarian-elections-from-the-hungarian-point-of-view
